Rosyjska machina wojenna nieustannie potrzebuje świeżej siły żywej, a obietnice wysokich zarobków przyciągają osoby znajdujące się w trudnym położeniu życiowym. Losy tych, którzy decydują się na współpracę z agresorem, bywają jednak wyjątkowo krótkie i brutalne.
Bez jednego strzału. Błyskawiczna niewola pod Kostiantyniwką
Udział 40-letniego mężczyzny w działaniach zbrojnych zakończył się kompromitacją, zanim na dobre zdążył się rozpocząć. Trafiając w rejon intensywnych walk w pobliżu Kostiantyniwki, spędził na linii frontu zaledwie trzy dni. W tym czasie nie zdążył nawet użyć broni, po czym został pojmany przez żołnierzy z 36. Samodzielnej Brygady Piechoty Morskiej Ukrainy.
Zamiast zapowiadanego sukcesu finansowego, nowo upieczony wojskowy zderzył się z drastyczną rzeczywistością. Droga na pozycje obfitowała w widok masowo poległych wcześniej żołnierzy, a ciągły odór rozkładających się ciał stał się jego głównym wspomnieniem z rejonu walk. Jak wynika z relacji z przesłuchania, zmierzająca na odcinek grupa stała się łatwym celem dla ukraińskich bezzałogowców na otwartym terenie.
Od życiowego dołka do decyzji o zdradzie
Za tą historią stoi 40-letni Maksym Basalajew. Urodził się w Zaporożu, jednak jeszcze w dzieciństwie przeniósł się z rodziną na Krym. Przed podpisaniem umowy z rosyjskim wojskiem jego sytuacja osobista była skrajnie trudna:
- brak stałego zatrudnienia i utrzymywanie się wyłącznie z prac dorywczych,
- poważne problemy z uzależnieniem od alkoholu,
- obwinianie ukraińskich władz za własne niepowodzenia i ubóstwo.
Ucieczką od problemów finansowych miało być wstąpienie w szeregi armii okupanta. Ceną za przyjęcie rosyjskiego paszportu oraz podpisanie kontraktu z Ministerstwem Obrony była gwarantowana wypłata w wysokości 2,2 miliona rubli (czyli około 86 tysięcy złotych).
Prawdziwa rola rekrutów w taktyce agresora
Szybki przebieg wypadków w przypadku Basalajewa pokazuje mechanizm wykorzystywania słabo wyszkolonych ochotników. Po zaledwie skróconym przeszkoleniu trafił do zmotoryzowanej grupy szturmowej i został skierowany na odcinek o najwyższym stopniu ryzyka.
Dziennikarz wojskowy Pawło Szamszin z redakcji Armija FM po rozmowie z jeńcem ocenił jego przypadek jako schematyczny i do bólu typowy dla obecnego konfliktu.
Postawa dowództwa agresora nie pozostawia złudzeń – nowi rekruci traktowani są wyłącznie jako mięso armatnie. Mydlenie oczu wysokimi nagrodami pieniężnymi błyskawicznie weryfikuje brutalny opór obrońców oraz brak podstawowego przygotowania bojowego nowo wcielonych żołnierzy.