Polityka

Starcie o nagranie z prezesem PiS. Prokuratura i Giertych w ogniu pytań

Warszawscy śledczy badają kulisy upublicznienia materiału wideo z przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego. Podczas gdy prokuratura wskazuje na Romana Giertycha, mecenas odpiera zarzuty i mówi o kłamstwie.
Starcie o nagranie z prezesem PiS. Prokuratura i Giertych w ogniu pytań

Ryzyko więzienia za ujawnienie tajemnic śledztwa

Publiczne udostępnienie fragmentów zeznań Jarosława Kaczyńskiego wywołało natychmiastową reakcję organów ścigania. Prokuratura Okręgowa w Warszawie analizuje teraz, w jaki sposób wideo trafiło do mediów, przypominając o surowych konsekwencjach karnych. Za złamanie przepisów zawartych w art. 241 Kodeksu karnego, który zabrania rozpowszechniania informacji z postępowania przygotowawczego bez zgody, grozi nawet dwuletni pobyt za kratami.

Śledczy podkreślają, że materiały te nie zostały jeszcze ujawnione w toku przewodu sądowego, co czyni ich publikację działaniem bezprawnym. Każda osoba mająca wgląd w akta była wcześniej pouczona o odpowiedzialności, jaka wiąże się z wynoszeniem takich danych na zewnątrz.

Mocna odpowiedź mecenasa na zarzuty

Roman Giertych, pełnomocnik austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera, nie zamierza milczeć w obliczu podejrzeń kierowanych pod jego adresem. W swoich wypowiedziach kategorycznie odrzuca oskarżenia prokuratury, nazywając je nieprawdą. Poseł sugeruje, że źródła przecieku należy szukać wewnątrz samej instytucji śledczej.

  • Giertych twierdzi, że to próba odciągnięcia uwagi od merytorycznej treści zeznań lidera PiS.
  • Wskazuje na wcześniejsze wycieki z organów ścigania, przywołując m.in. sprawę Zondacrypto.
  • Podkreśla, że prokuratura miała stały i nieograniczony dostęp do tych samych materiałów wideo.

Dlaczego śledczy wskazują na jednego podejrzanego?

Według rzecznika stołecznej prokuratury, Piotra Antoniego Skiby, krąg osób z dostępem do pełnej dokumentacji był wyjątkowo wąski. Instytucja sugeruje, że jedynym podmiotem, który w ostatnim czasie wnioskował o wgląd do całości akt sprawy, był właśnie Roman Giertych. To na tej podstawie wysnuto wniosek o potencjalnym źródle wycieku do mediów społecznościowych.

O co chodzi w sporze o „dwie wieże”?

Cała sprawa ma swoje korzenie w głośnej inwestycji przy ulicy Srebrnej w Warszawie. Gerald Birgfellner domagał się od spółki powiązanej ze środowiskiem politycznym prezesa PiS wypłaty 1,3 mln euro za prace przygotowawcze przy budowie wieżowców. Choć śledztwo w tej sprawie zostało wszczęte w lutym 2025 roku, to już kilka miesięcy później, w czerwcu 2026 roku, zapadła decyzja o jego umorzeniu.

Prokuratorzy uznali wówczas, że działania nie nosiły znamion czynu zabronionego, a austriacki biznesmen mógł pozostawać w subiektywnym błędzie co do roli decyzyjnej Jarosława Kaczyńskiego w strukturach spółki.

Obecna afera wokół nagrania sprawia, że temat niedoszłej inwestycji i kulis przesłuchań najważniejszych polityków w państwie ponownie staje się jednym z głównych tematów debaty publicznej.