Publicystyka na antenie Telewizji Republika coraz częściej wykracza poza ramy standardowej wymiany poglądów, zamieniając się w emocjonalne widowisko. W jednym z ostatnich wydań programu prowadzonego przez Miłosza Kłeczka, widzowie byli świadkami radykalnej decyzji gospodarza, który nakazał swojemu gościowi natychmiastowe opuszczenie studia.
Jeden zwrot zakończył dyskusję
Bezpośrednim powodem wyrzucenia polityka z audycji było sformułowanie, jakiego użył Kamil Wnuk z Polski 2050. Poseł zwrócił się do prowadzącego słowem "towarzyszu", co wywołało błyskawiczną i stanowczą reakcję dziennikarza. Kłeczek uznał to za przekroczenie dopuszczalnych granic i oświadczył, że nie zamierza kontynuować rozmowy z parlamentarzystą.
Mimo początkowego zdziwienia posła, który dopytywał o powody tak drastycznego kroku, prowadzący pozostał nieugięty. Sugerował przy tym, że jego rozmówca nie potrafi zapanować nad emocjami i nie radzi sobie z merytoryczną krytyką. Ostatecznie polityk został zmuszony do zabrania swoich rzeczy i wyjścia.
Kontrowersyjne komentarze przy wyjściu
Napięcie nie opadło nawet wtedy, gdy Kamil Wnuk pakował torbę. W tym momencie ze strony Miłosza Kłeczka padła osobliwa uwaga dotycząca zawartości bagażu posła – dziennikarz wspomniał o rzekomym "ładunku", który polityk miałby tam trzymać. Pożegnanie obu panów również odbiegało od standardów dyplomatycznych:
- Poseł na odchodne krzyknął w stronę kamer "Do swidanija!".
- Dziennikarz natychmiast skomentował to przed widzami, wytykając gościowi użycie języka rosyjskiego.
- Całej scenie towarzyszyło osobiste odprowadzenie wzrokiem wychodzącego polityka przez gospodarza programu.
Performatywny styl prowadzenia audycji
Zdarzenie z Kamilem Wnukiem wpisuje się w szerszy trend zachowań Miłosza Kłeczka, który chętnie sięga po rekwizyty i niestandardowe zagrywki na wizji. Zaledwie kilka dni wcześniej dziennikarz przygotował specjalną inscenizację dla Krzysztofa Szczuckiego z PiS. Wręczył mu czystą kartkę papieru oraz długopis, namawiając do podpisania deklaracji o opuszczeniu jednego ze stowarzyszeń.
Takie sytuacje pokazują, że granica między informacją a politycznym performance'em w mediach staje się coraz bardziej płynna, a emocje biorą górę nad merytoryką.
Eksperci medialni zauważają, że tego typu incydenty budują zasięgi w mediach społecznościowych, ale jednocześnie polaryzują odbiorców i zmieniają charakter debaty publicznej w Polsce.